27.01.2012 - narodziny Martynki



Martynka
ur. 27.01.2012r o godz. 8:20
3970g, 54cm i 10pkt

Opis porodu:
Mój poród był naprawdę lekki... pomijając te zwodzenie z oksy, które katowało moją psychikę ;)

Zgłaszając się na Izbę Przyjęć w poniedziałek miałam rozwarcie na ponad jeden luźny palec. Pani doktor stwierdziła również sporą ilość wód płodowych.
We wtorek dostałam pierwszą kroplówkę z oxy. Pojawiały się skurcze ale po skończeniu kroplówki wszystko przeszło. Odszedł mi kawał czopu, a potem reszta. We czwartek kolejna próba z oxy, po naklejeniu plasterka z hormonami, który pomaga w działaniu kroplówce. No i moje mega zmotywowane nastawienie.
Ja i lekarze myśleliśmy, że urodzę. Ale jednak nie potoczyło się to tak jak powinno. Tego samego wieczoru usłyszałam, że na kolejny dzień znów kroplówka - byłam załamana, a w myślach coraz bardziej oswajałam się z tym, że czeka nas CC.

Położyłam się spać tego dnia po nie udanej próbie o 0:30. O 1:50 zerwałam się z łóżka na siusiu. Wstałam i poleciało mi ciurem po nogach. Byłam przekonana, że się posikałam  :D Myslę sobie, ale przypał. Szybko wzięłam rzeczy do przebrania i do łazienki by nikt nie zauważył  :D Byłam przekonana, że to siuśki. W drodze powrotnej do pokoju zaczepila mnie położna pytając co się stało... Ze wstydem w głosie i na twarzy powiedziałam. Na co ona od razu, że to wody. Spierałam się z nią, że nie ;) Zbadała mnie no i potem znalazłam się na porodówce. Była 2.00.

Skurcze przyszły od razu, stając się coraz bardziej bolesnymi i dokuczliwymi.
Przewagę czasu siedziałam w wannie polewając brzuch, spuszczając wodę i od nowa... Nie chciałam wychodzić.
Na nocnej zmianie była okropna położna. Kazała mi wyjść z wanny by mnie zbadać. Mówię do niej, że nie wiem czy poradzę sobie z wyjściem z wanny - bałam się że zasłabnę. Powiedziałam to sugerując, że może mi doradzi jak najłatwiej z niej wyjść. Powiedziała do mnie: "chyba sobie pani nie myśli, że pani pomogę". Na co odpowiedziałam jej: "nawet o tym nie pomyślałam". Zdziwiła się, że miałam siły jej dogadać.
Wanna to najlepsza rzecz jaka mi dana była w walce z bólem!

W trakcie skurczy krzyczałam, bo przynosiło mi to ulgę. Miałam zamknięte oczy by się w pełni skupić. A gdy miałam uczucie 'na kupę' nikt nie ograniczał mnie i mówili, że jak kupa idzie to mam ją wypchnąć ;) Ciągle chciałam pić, ale tak dużo nie można było. Dali mi więc gazik namoczony wodą. Ciągle chciałam by go namaczali, bo miałam saharę w buzi i na ustach.

Pełne rozwarcie miałam o godzinie 6:40. Wtedy zbiegła się cała ekipia personelu, z którymi miałam doczynienia wcześniej podczas pobytu w szpitalu. Sami super ludzie ! Ekipa jaką sobie wymarzyć mogłam.
Humor pomimo bólu dopisywał mi do końca.
Żartowałam z położnymi i lekarzami.
A instruktarz parcia porównałam z nauką 'hamulec, sprzęgło, gaz' ;)))

O 8.20 Martynka przyszła na świat.
Nacięli mnie podczas skurczu - nic nie czułam.
Ale nikt się nie spodziewał, że mała zrobi psikusa i tak narozrabia.
Nie obróciła się barkami i mnie poszarpało.

Gdy położyli mi małą na brzuchu wszystko odeszło w siną dal. Liczyła się tylko ona. Łzy stanęły mi w oczach i napatrzeć się nie potrafiłam. Od razu oznajmiłam wszystkim, że mała to cały tatuś :)
Ochrzciła swą świeżo upieczoną mamę siuśkami.
A później kupeczką prosto na mój brzuch hehe ;)

Potem dotarło do mnie, że trzeba łożysko urodzić i pytam się ich kiedy to nastąpi.
Młody lekarz powiedział: 'już pani je rodzi'. No i poczułam ciepłego slimaka obsuwającego się między nogami :D

Kolejne 50minut szył nie ordynator z młodym fajnym lekarzem. Rozmawiali przy moim kroczu jak przy kawie instruując się wzajemnie. Dostałam znieczulenie domiejscowe ale w kilku miejscach ciutkę bolało.

D. miał być przy porodzie. Ciągle pytał, jak bardzo mi na tym zależy. Zawsze tłumaczyłam, że będzie mi miło ale to nie jest konieczne. W ostatczności był za drzwiami otwartymi - w każdej chwili mógł wejść. Wszystko słyszał. Wszedł gdy małą wyjęli i była połączona jeszcze pępowinką.
Nie mam do niego absolutnie żalu. Najważniejsze, że był obok. Że czułam jego obecność i czułam się bezpiecznie trwając w skupieniu.

Jestem wdzięczna i zadowolona, że mogłam urodzić naturalnie i wszystko przeżyć tak, a nie inaczej :) Nie zraziłam się, wręcz przeciwnie. Pokonałam swoje słabości, a sama przed sobą stałam się bardziej silną kobietą.



1 komentarz:

  1. Popłakałam się :) Czy możesz mi przyznać rację i powiedzieć, że to pomimo bólu - najpiękniejsza w życiu chwila !?
    Biedna namęczyłaś się wtym szpitalu, ale plusem było to, że chociaż personel poznałaś.
    Okropna położna przy tej wannie... ja niestety wanny nie miałam, ale prysznic uznałam za najlepszy wynalazek ludzkości... 2 razy chodziłam... kolejny chciałam, ale już nie miałam siły wstać.
    Pewnie masz trochę szwow, ale po ich zdjeciu komfort, siadania i chodzenia poprawi się rewelacyjnie.
    Czy też po przejściu główki miałaś taki odczucie wyślizgnięcia się reszty ciałka? :)

    A czy tęsknisz za brzuchem? Jeszcze przez kilka miesięcy głaskałam się po brzuchu :)

    Niech Martynka zdrowo się chowa :) I Tobie też życzę dużo siły i wytrwałości.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2012-2017 Babatu.pl - blog parentingowy dla mam i kobiet , Blogger